Głośno się śmiała, dużo paliła, przeklinała jak szewc. A pomagała cicho, bez rozgłosu. Była świetną dziennikarką i dobrym człowiekiem. Tak zapamiętaliśmy ją my - dziennikarze, którzy mieliśmy okazję pracować z Małgosią Kozerawską w "Gazecie Wyborczej".
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Pogrzeb Malgorzaty Kozerawskiej odbędzie się w czwartek, 18 sierpnia, o godz. 10.30 na Cmentarzu Komunalnym "Zarzew" przy ul. Przybyszewskiego 323 w Łodzi. 

Dziennikarstwo - to jej powołanie

Małgosię poznałem w 1990 roku. Oczywiście w „Gazecie Wyborczej". Sam byłem w niej już od roku. Koza zaczynała w niej jako sekretarka. Od razu było widać, że robienie kawy i biurokracja, to nie jej powołanie. W końcu oświadczyła, że chce być dziennikarką. Ówczesna szefowa, Iwona Śledzińska-Katarasińska, postawiła warunek: „Masz trzy miesiące, aby udowodnić, że nadajesz się do pisania. Jak nie udowodnisz, to nie będziesz ani sekretarką, ani dziennikarzem". Gośka zastanawiała się jakieś trzy sekundy i „Gazeta" po kilku miesiącach miała doskonałą dziennikarkę, piszącą o zdrowiu, medycynie, sprawach społecznych. Potem były wspaniałe wywiady, z równie wspaniałymi ludźmi, jeszcze wspanialsze reportaże i mnóstwo interwencji, bo Koza pisała, żeby pomagać ludziom, którym w życiu było źle i ciężko.

Ostatni raz spotkaliśmy się w Jej mieszkaniu. Ona już na emeryturze, ja poza „Wyborczą", a i tak gadaliśmy tylko o „Gazecie". Była bardzo schorowana, ale się nie poddawała. Walczyła. Tak jak trzydzieści lat wcześniej, gdy walczyła o etat w redakcji.

Piotr Wesołowski

Taki duży goryl z cienkim papierosem?

Wspomnienie? Wizyta Wałęsy w redakcji. Wszyscy słuchali Lecha, a Koza zainteresowała się ochroniarzem. - Taki duży goryl, a pali cienkie papierosy? - spytała. - Prawdziwi mężczyźni palą tylko cieniasy - odpowiedział. - A spluwę gdzie pan ma? - indagowała Gocha. - W spluwaczce - wykręcił się od odpowiedzi ochroniarz, ale od razu było widać, że chłop z poczuciem humoru. - Lepiej niech pani prezydenta posłucha - dodał. - A po co? - zdziwiła się Koza. - Pan jest ciekawszy!!!

W pamięci zostały chwile, kiedy po wszczepieniu endoprotezy miała trudności z chodzeniem. Pchałem ją na fotelu od komputera do palarni i z powrotem. Koledzy klaskali, a Gocha królewskim gestem pozdrawiała ich po drodze.

Siedzieliśmy w redakcji obok siebie, więc byłem świadkiem Jej rozmów telefonicznych. - Bank? Co mam? Nie rozumiem, o co chodzi. Chwileczkę, zaraz spytam kolegów. Słuchajcie, dzwoni facet z banku. Co to jest "debet"?

Oczywiście żartowała. Od razu robiło się wesoło.

Kiedyś mieliśmy interwencję, bodajże na Żubardziu - jakiś człowiek pełzał do sklepu, bo nie mógł chodzić. Czytelnicy zadzwonili. Pojechaliśmy. Straszny slums, smród, w barłogu brudny facet. Wystarczyłby opis sytuacji, telefony do opieki społecznej, rozmowa z jakimś urzędnikiem i temat byłby odfajkowany. Ale nie w przypadku Gochy. Robiąc przez telefon awantury w ciągu pół godziny ściągnęła na miejsce opiekę społeczną i urzędnika z administracji. Pogotowie i policja odmówiły przyjazdu (bo to nie nagły wypadek). Zadzwoniła do znajomego szefa schroniska dla bezdomnych, załatwiła miejsce, we dwójkę zanieśliśmy człowieka do Jej samochodu i zawieźliśmy do tego schroniska. Tekst w "Gazecie" był krótki, bo tego rodzaju interwencje raczej nie pociągały czytelników. No, był happy end, więc i koniec wątku.

Po kilku dniach Gocha zabrała mnie i pojechaliśmy sprawdzić, co się dzieje z nieszczęśnikiem. Leżał umyty, ogolony, przebadany przez lekarza, miał zostać w tym schronisku na stałe i leczyć nogi. Kolejny tekst na ten temat nie powstał, były już aktualniejsze tematy - po prostu Gocha czuła się w obowiązku sprawdzić sytuację. Już nie jako dziennikarz, tylko człowiek.

Michał Jagiełło

O innych wojowała do skutku

Przyjaźń z Kozą nie była łatwa. Wesoła i towarzyska, była także uparta jak osioł, bezkompromisowa. Nie przejmowała się tym, jak ją inni odbierają. Prawdę mówiąc w ogóle Jej to nie obchodziło.

Ale nie znam przypadku, żeby na przykład odmówiła komuś pomocy. Niezastąpiona była przy medycznych problemach swoich znajomych, bo miała znakomite rozeznanie w świecie lekarskim i wiedziała, gdzie i do kogo zapukać, żeby czyjąś sprawę pchnąć do przodu. O innych wojowała do skutku!  

Dotyczy to także Jej działań zawodowych. Nie rozstawała się od razu z bohaterami swoich tekstów. Im także próbowała pomóc, choć nie zawsze było to możliwe.

Maria Sondej

W chmurze zapachu orientalnych perfum

Poznałam Małgosię, zanim stała się źródłem zabawnych powiedzonek i tematem anegdot. W czasach, kiedy ludzie po trzydziestce wydawali mi się starzy, a w redakcji przy ul. Zielonej pojawiły się pierwsze komputery używane wyłącznie jako maszyny do pisania. Gośka była wtedy seksowną trzydziestoparolatką, z burzą blond włosów jak lwia grzywa. Latem chodziła w brązowych skórzanych spodniach i przezroczystych bluzkach, podkreślających walory jej sylwetki. Dwa stacjonarne telefony redakcyjne - innych nie było w latach 90. - urywały się, a w słuchawce często słyszałam, jak aksamitne męskie głosy pytały: - Małgosia?

Wołałam ją, a ona zanosząc się śmiechem, flirtowała.

Odnosiliśmy wtedy wrażenie, że zna wszystkich lekarzy w Łodzi. Może tak i było, bo za każdym razem, gdy komuś coś dolegało, błyskawicznie znajdowała specjalistę. Małgosia ukrywała się przybierając pozę trochę zblazowanej, prowokacyjnie powtarzała, że nie lubi dzieci, ale całe lata walczyła o swoje teksty, w których pisała o wszelkich nieszczęściach, chorobach i patologiach. Jej teksty miały charakter interwencyjny i wielu ludziom pomogła. Niby cynicznie zgłaszała na kolegium reportaż mówiąc, że "znów będzie o dziecku bitym i kopanym", ale w ten sposób starała się znaleźć na łamach miejsce, którego zawsze brakowało, a news wygrywał z tematem społecznym.

Wchodziła do newsroomu w chmurze zapachu orientalnych perfum, mimo że paliła jak smok.

Marzena Bomanowska

Kobieta nie parkuje

Na redakcyjnym parkingu parkowała na ukos, zajmując dwa miejsca. Zapytałam ja kiedyś, dlaczego tak robi. Odpowiedziała: "Kobieta nie parkuje, tylko porzuca auto.."

Janka Złakowska

Czwartej strony nikt nie czyta

Nie dało się jej nie lubić, chociaż przy pierwszym spotkaniu wydawała się groźna. Może dlatego, że była bardzo bezpośrednia, chociaż w środku bardzo wrażliwa, na co najlepszym dowodem były jej teksty w naszej gazecie.

Do Łodzi przyjechała kiedyś z wizytacją delegacja szefów z centrali. Oczywiście wielkie poruszenie, uprzedzono nas, mamy dobrze wypaść. Na zebraniu popołudniowym, któremu przysłuchują się goście z Warszawy, redaktor prowadzący referuje, na której stronie, jaki da tekst. „Na czwórce tekst Gośki" - mówi.

„Ochujałeś? Czwartej strony nikt nie czyta!" - wybuchła Koza.

Lubiła się też śmiać, jeść - bardzo dużo pieprzyła, tak że kanapki przykrywały się brązowo-czarną kołderką, palić, czasem poimprezować - miała fajne duże mieszkanie, w którym mieściła się cała redakcja. Jeździła swoim srebrnym fiatem, jak szalona. Kiedyś wpadła na pomysł, że kupi sobie nowy samochód, więc jej zaproponowałem żeby umyła stary, to będzie miała nowy, ale nigdy nie skorzystała z tej rady.

Na pewno była też świetną dziennikarką. Chłopaki z foto (mówiła o nich: mój fotograf) opowiadali, że na temacie - zwykle była to jakaś interwencja - wchodziła do pokoju, zapalała papierosa, wyciągała notes i od razu przejmowała dowodzenie, budziła respekt.

Była dziennikarką z krwi i kości. Koza była super.

Bartłomiej Derdzikowski

Kozerwaska, Kozeradzka, Kozerska

Gosia przyciągała do siebie nieszczęścia. Wiecznie zaaferowana, ciągle się spiesząca, dość regularnie obtłukiwała samochody - swój i tych, którzy mieli pecha znaleźć się na Jej drodze. Ale najdramatyczniejsze zdarzenie miała w redakcji. Jego przyczyną były papierosy... Paliła jak smok, dlatego w redakcji na ul. Piłsudskiego 12 była stałym gościem palarni. Postulowaliśmy nawet, żeby wstawić tam komputer dla Gosi.

Pewnego dnia nad miastem rozszalała się wichura. Wiatr był tak mocny, że ze starego wieżowca zaczęły wypadać okna. Gosia akurat paliła, gdy jedno zostało wyrwane w naszej palarni. Nie znam się na fizyce, lecz wytworzyło się coś takiego, że drzwi się zatrzasnęły, a w środku tak wiało, że nie można było ich otworzyć. Usłyszeliśmy wołanie o pomoc, ale - mimo że pchaliśmy w kilku chłopa - udało nam się uchylić tylko niewielką szparę. Na początku było śmiesznie, bo żartowaliśmy, że to ostrzeżenie, by tak dużo nie paliła. Szybko jednak zrobiło się dramatycznie, gdyż szyby były wręcz zasysane do środka i rozlatywały się na kawałki. Po kilkudziesięciu sekundach udało nam się wyciągnąć (tak!) Gosię. Ranną, bo odłamki szyb powbijały Jej się w ciało. Przez kilka tygodni była na zwolnieniu lekarskim, ponieważ miała problem z siadaniem.

Koza była kobiecą wersją Dr. Jekylla i Mr Hyde'a, oczywiście dużo łagodniejszą. W redakcji używająca mocnych słów, nie miała problemów z - łagodnie mówiąc - zwracaniem uwagi naszym szefom. Gdy jednak trzeba było pomóc, zmieniała się w anioła o najwyższym poziomie empatii. Zajmowała się zdrowiem, więc znała wszystkich ważnych lekarzy i dyrektorów szpitali. Sam byłem świadkiem, jak słynącego z dość oschłego stylu bycia profesora z Matki Polki postawiła na baczność. "Słuchaj, stary. Jedzie do ciebie mój kolega! Jak to wychodzisz? Poczekaj, będzie tam za pół godziny". Pan profesor poczekał, bo Kozie nikt nie odmawiał.

I jeszcze jedno: przede wszystkim pomagała naszym czytelnikom, godzinami wysłuchując ich problemów. Nie denerwowało ją nawet, gdy starsi ludzie, bo nimi się najczęściej zajmowała, przekręcali jej długie i trudne nazwisko. Była Kozerwaską, Kozeradzką, Kozerską, Kozierską, ale i Kosiesiurką. Nie zapomnę jej głośnego śmiechu, gdy pojawiała się nowa forma...

Jarosław Bińczyk

Pisanie może zmienić świat

Od Kozy nauczyłem się jako początkujący dziennikarz dwóch rzeczy. Po pierwsze, musisz bezwzględnie wierzyć w swój temat.

Żaden redaktor, który chciałby zepchnąć twój pozornie mało "seksowny" temat (a takimi często zajmowała się Gosia: ludźmi biednymi, poszkodowanymi, schorowanymi) na dół ostatniej depeszowej strony, nie będzie miał racji, jeśli ty wierzysz we własną rację. A ta racja brzmi bardzo prosto: twoje pisanie może zmienić świat na lepsze - jeśli nie cały, to chociaż jednego człowieka.

Po drugie, pracuj nad swoim tematem wytrwale, nie rezygnuj, jeśli nie umiesz zafiniszować z tekstem niczym sprinter. Nawet chodząc o kuli, tak jak Koza, wychodzisz w końcu temat na czołówkę.

Wychowałem się w dziennikarskim domu i Gosia była dla mnie uosobieniem pewnego ideału: dziennikarki inteligentnej, pięknej (także jako seniorka), bezpardonowej, nieustępliwej, wrażliwej, dowcipnej, koleżeńskiej, ale zarazem wyzbytej chorych ambicji i przerostu ego. No i przeklinającej z taką werwą, że cała redakcja podsłuchiwała tyrad, którymi komentowała kłamstwa i chachmęctwa rozmaitych rzeczników, polityków i urzędników.

 Jędrzej Słodkowski

Arystokratka dziennikarstwa

Gosia była damą. Miała w sobie niespotykaną energię i pewność siebie. Gdy jeździliśmy razem na tematy, była znakomitym kompanem podróży. Pod warunkiem że nie siedziała za kierownicą. Na zdjęciach trzeba było się napocić by Gosia nie była w centrum kadru. A kiedyś zdjęcia było reglamentowane 36 klatkami na filmie, którym trzeba było oszczędnie gospodarować.

Ostatni nasz wspólny wyjazd był do Tuszyna do zakładu rzemieślniczego - stolarni, która robiła meble dla pary królewskiej . Gosia zasiadła w fotelu dla arystokracji i z tej pozycji prowadziła rozmowę z właścicielem. I było to tak naturalne, jakby była królową. Arystokratka dziennikarstwa.

Tomasz Stańczak

Była dobrym człowiekiem

Gdy pojawiłam się w redakcji, spytała: "A co ty tu będziesz dziecko robić?". A później była tą przeklinającą na czym świat stoi Małgosią, która jednak wbrew temu, co chciała, by o niej myślano, była dobrym człowiekiem. Małgosią, która zjechała mnie za mój pierwszy tekst o pracy, by za chwilę powiedzieć, jak pisać...

Elżbieta B. Cegiełkowska

Koza jest tylko jedna

Gdy przyszłam do "Wyborczej", Gosia była gwiazdą. Tryskała pomysłami, pisała reportaż za reportażem, zgarniała pochwały i nagrody. I wszędzie jej było pełno. Pamiętam, jak czytała mój pierwszy, koślawy tekst i zaśmiewała się na całą redakcję: "Mamy nowy talent!".

Miałam szczęście podpatrywać ją paradującą w długich sukniach i koralach w oparach Kenzo Flower. A jeszcze większe szczęście, że mogłam Gosię podsłuchiwać w czasie rozmów z czytelnikami - gdy poważniała, ściszała głos i całą sobą słuchała, bo bardzo chciała pomóc.

Chciałam być taką dziennikarką, jak Ona. To niemożliwe. Koza jest tylko jedna. Jakoś nie bardzo mogę pisać "była", bo wciąż słyszę jej donośny śmiech, chociaż od lat nie było jej w redakcji. Mogła sobie mówić, że nie cierpi dzieci i woli koty, niż ludzi. Nikt jej nie wierzył. 

Agnieszka Urazińska

Koty, wielka miłość

Małgosię (Kozę) Kozerawską poznałam w 2002 roku, gdy przeniosłam się z białostockiego oddziału "Gazety" do łódzkiej redakcji sław dziennikarskich. Miałam być redaktorem.

- Uważaj na Kozę. Jak się z nią dogadasz, będzie dobrze – rzucił życzliwie jeden z moich nowych szefów tuż przed wejściem do newsroomu. „Koza? Jaka koza?" – myślałam, że się przesłyszałam.

Zrozumiałam w palarni „na schodach" - podeszła do mnie nieśpiesznie, przypalając sobie cieniutkiego mentolowego irysa. – Jestem Małgosia, dla przyjaciół Koza – przedstawiła się i zapytała z pobłażaniem: - Co ty, chuchro, chcesz nam tu redagować? Ale, wiesz, dam ci szansę.

Nie wiem, co ją do mnie przekonało. Specjalizowała się w interwencjach. - Dam ci coś super, jeśli postawisz to na "jedynce", ewentualnie na "trójce" – zapowiadała. Z czasem prowadziłyśmy wspólnie różne akcje (może ktoś pamięta „Podaruj sobie drzewko"), zdarzało się nam pisać razem teksty.

Pisała z wielkim wyczuciem słowa. Nikt nie potrafił rozmawiać z potrzebującymi pomocy ludźmi tak jak ona. Nikt tak o nich nie walczył z urzędnikami, a czasem i redaktorami, mniej niż ona wrażliwymi na ludzką krzywdę. Gdy spotykała się z oporem - klęła. Jak szewc. Jej ciętego języka obawiali się nawet redakcyjni szefowie.

Wielką miłością Małgosi były koty. Swoim persom - Blumkowi i Róży - kupowała najwyższej jakości wołowinę, którą zamrażała, a potem cięła cieniutko nożyczkami, żeby tylko zechciały ją jeść. Gdy pewnego razu Blumek cierpiał z powodu niestrawności, szalała z rozpaczy, że nie chce przyjmować przepisanych kropli. Po konsultacji w aptece okazało się, że były na spirytusie. Aptekarka poradziła jej wtedy, żeby rozcieńczyła je... w szklance wody.

- Wyobrażasz sobie!? Dziesięć maleńkich kropli w szklance wody! Czy ktoś widział kota, który by to wypił – śmiała się do łez, gdy Blumek już wyzdrowiał.

Joanna Grabowska

Mistrzyni skracania dystansu

 

Była mistrzynią skracania dystansu. Nie było takiego człowieka, z którym nie potrafiła przejść na ty. Po 15 minutach ludzie zaczynali jej się spowiadać. Po kolejnych 15 Gosia opieprzała swoich rozmówców za ich grzechy.

Adam Czerwiński

Przecież mieliśmy do niej zajrzeć

Gosia przez blisko trzy dekady była dziennikarką łódzkiej "Gazety Wyborczej", autorką wielu świetnych reportaży, setek ważnych tekstów. Lubiła mówić, że nie pisze na czwartą stronę... ( dziennikarze wiedzą, o co chodzi). Chciała, żeby jej teksty powodowały jakąś zmianę. Interweniowała, dociskała, męczyła. Używała ostrego języka. Niektórzy jej się bali. Żartowaliśmy, że jak Koza dzwoni do szpitala, to sekretarki drżą.

Pisała o zdrowiu i o sprawach społecznych. Ale sięgała też po tematy historyczne. Razem pisałyśmy o łódzkiej rodzinie Biedermanów, o obozie na Sikawie, o żydowskich dziewczynkach - ofiarach handlu żywym towarem. Była świetną dziennikarką i dobrym człowiekiem. Pomagała cicho, bez rozgłosu... Zmarła 13 sierpnia, ale chorowała długo. Pogrzeb Małgosi jest w czwartek, 18 sierpnia. I jak zwykle dopiero w takich sytuacjach przypominamy sobie, że przecież mieliśmy do niej zajrzeć... gdy jest już za późno. 

Joanna Podolska

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Utrzymaliście się w konwencji: w pierwszym zdaniu po lidzie jest "Malgorzaty Kozerawkiej". Czyli do końca jej nazwisko sprawia kłopoty...
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Małgosiu, byłaś cudownym człowiekiem, żegnaj :(
    już oceniałe(a)ś
    0
    0