Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Jakie oblicze ma władza kobiet? Czy nauczyłyśmy się po władzę sięgać? I jeśli sięgamy, to jak i kto? Będziemy o tym rozmawiać podczas wydarzenia "Kobiety wiedzą, co robią" 27 października w łódzkiej Hali Expo. Jedną z panelistek będzie Anna Bojanowska-Sosnowska, badaczka polityki społecznej z Uniwersytetu Łódzkiego i wiceprezeska Fundacji Ambitna Polska.

Blanka Rogowska: Cofnijmy się do czasów PRL-u. Kobiety miały pracę.  Powstały żłobki, przedszkola, zakładowe stołówki. Było dobrze?

Anna Bojanowska-Sosnowska: Jeszcze długo przed I wojną światową w najniższych warstwach społecznych w miastach to robotnice w 25 proc. utrzymywały domy. Kiedy mężczyźni szli na front czy do powstania, to często one stawały się odpowiedzialne za byt rodziny.

W PRL pracować musiał każdy. Panie, zarówno w pierwszym sejmie Rzeczpospolitej, jak i w partii komunistycznej, zajmowały się sprawami społecznymi, edukacją, walką z analfabetyzmem, alkoholizmem itp. Mężczyźni odbudowywali ruiny, gospodarkę po wojnie, a kobiety myślały, co z sierotami, kalekami.  

A potem nie raz strajkowały...

- Łódź się na tym tle wyróżnia! Pierwszy raz łodzianki pokazały, że trzeba się z nimi liczyć w 1938 r., rozpoczynając strajk okupacyjny w zakładach Haeblera. To odpowiedź na próbę obniżenia pensji o 20 proc. i zwolnienia połowy załogi. Zastrajkowało 639 kobiet i 24 mężczyzn. Spały na legowiskach, gotowały w kotle dla zwierząt, jadły ziemniaki i kapustę. Kiedy odłączono im ogrzewanie, kradły węgiel. Robotnicy z innych zakładów robili dla nich zbiórki. W domu czekała rodzina i często niezbyt zachwycony mąż. Zdarzało się, że panowie przychodzili pod fabrykę, aby zmusić żony do powrotu. Wychodziły raz w tygodniu, ale nie żeby odpocząć, tylko nagotować jedzenia, zająć się dziećmi. Strajk zakończył się po 108 dniach, płace zostały utrzymane, a do zwolnień nie doszło.

W 1970 r. w zaczęły się protesty z powodu wprowadzenia podwyżek cen na artykuły spożywcze. W 1971 r. w Łodzi odmówiło pracy 55 tys. osób. W większość kobiety. Postulowały: podwyżkę płac, poprawę warunków pracy we włókiennictwie i cofnięcie podwyżek cen żywności. Ostatecznie wycofano się z podwyżek cen i powołano komisję do spraw rozwoju i modernizacji.

W 1981 r. zbuntowałyśmy przeciwko pogarszającemu się zaopatrzeniu sklepów. Przez Łódź przetoczył się marsz głodowy. Jego trzonem były włókniarki z łódzkich zakładów. Na czele szły matki z dziećmi w wózkach. Według szacunków w marszu wzięło udział ponad 50 tys. osób.

Kobiety w Solidarności były, ale w budowaniu nowej Polski już nie wysuwały się na pierwszy plan.

- Przypomnijmy Okrągły Stół. W obradach zespołów i podzespołów uczestniczyły 32 kobiety po stronie opozycji i 23 po stronie rządowo-koalicyjnej. Skromnie było też na obradach plenarnych, na które oba obozy wystawiły po jednej kobiecie. Stosunek 2 kobiet do 56 mężczyzn - w tym trzech obserwatorów kościelnych - to mocna niedoreprezentacja. Jeżeli mielibyśmy wymienić polityczkę w pierwszych latach po transformacji, to bezsprzecznie jest to Hanna Suchocka - pierwsza Prezeska Rady Ministrów. Po niej premierki były już tylko dwie, i to niedawno.

Kobiet w polityce przybywa, i to niezależnie od opcji. I to nie tylko szeregowych. Są liderkami partii, prezydentkami miast, stają na czele komisji. Były też kandydatki na prezydenta Polski. To już na nikim nie robi wrażenia. Na listach wyborczych muszą stanowić minimum 35 proc. Niestety, czasem panie nadal są „zapchajdziurami” na ostatnich miejscach.

A Łódź?

- Jest zaprzeczeniem tego, że polityczki mają zajmować się tzw. kobiecymi tematami. Miastem rządzi kobieta po politechnice, która z Łodzi zrobiła plac budowy. Do spraw socjalnych oddelegowany został wiceprezydent z SLD. Mężczyzna zajmuje się szkołami, żłobkami, świadczeniami rodzinnymi.

Może to wciąż dziedzictwo naszych samodzielnych włókniarek. Mamy też aktywne, widoczne radne miejskie, ale gdy spojrzymy na ich procentowy udział w łódzkich oddziałach partii, wcale nie jest tak różowo.

Idzie ku dobremu?

- Miejmy nadzieję, choć ostatnio się cofamy. Kobieta to cenny wyborca, więc tematami kobiecymi chętnie grają różne partie. Gdy się coś wali lub chce się przepchnąć jakąś niewygodną ustawę, wyciąga się temat zastępczy jak aborcja. Praktycznie każda ekipa po dojściu do władzy proponowała jakieś zmiany w kwestii praw reprodukcyjnych. Kobiety wychodziły na ulicę, prowadzono dyskusje, badano opinie publiczną, ustalano, co obecnie myśli o tym naród.

Teraz jest inaczej, bo pierwszy raz na ulicę musiałyśmy wychodzić kilkakrotnie za rządów tej samej ekipy. Kobiece zdrowie jest upolitycznione.  Kwestia jest poważna, bo nie chodzi już tylko o wybór w sprawie urodzenia dziecka, ale nasze zdrowie i życie, które zależy od dostępu do usług ginekologicznych. Nie dziwi, że parasolki znowu poszły w ruch.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.