Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Chcesz dostawać mailem serwis z najważniejszymi informacjami z Łodzi? Zapisz się na nasz bezpłatny newsletter.

Alona Majsiewicz i Uładzimir Szachau przyjechali do Polski 7 lat temu, pracują jako informatycy.

Ihar Jurczyk ma 29 lat, w Polsce mieszka od półtora roku.

Wspólnie tworzą fundację "Białorusini w Łodzi".

Białoruskie absurdy

Alona i Uładzimir dwa razy w tygodniu rozmawiają z najbliższymi z Białorusi - na Skypie lub przez telefon.

Alona: - Moja kuzynka jest kucharką w wiejskiej szkole. Zarabia około 400 zł miesięcznie. Mój ojciec jest nauczycielem. Zarabia około 800 zł, chociaż pracuje już 40 lat, ma najwyższy stopień nauczycielski, a szkolna drużyna sportowa, którą trenuje, wygrywa w zawodach krajowych. Moja siostra była lekarką, dostawała średnio około 800 zł za 60 godzin pracy w tygodniu. Jak można przeżyć za 800 zł miesięcznie? Z trudem. Czynsz na Białorusi jest może niższy niż w Polsce, ale wszystko inne - żywność, ubrania - jest droższe. Białorusini jeżdżą na zakupy do Wilna i Białegostoku, bo tam jest taniej.

Uładzimir: - Ludziom doskwiera biurokracja. Wszystkie decyzje podejmuje administracja prezydenta, ale nie możesz zwrócić się od razu do niej, musisz pokonać wszystkie szczeble fasadowych instytucji samorządowych. Kiedy władze rejonowe podwyższyły mojemu koledze czynsz trzykrotnie, odwołał się, ale ciągle odsyłano go do wyższych urzędów. W końcu decyzję o obniżeniu czynszu podjęła administracja Łukaszenki. Cały proces zajął rok. Nasz syn we wrześniu 2011 roku poszedł do przedszkola. Na świetlicy było tak zimno, że dzieci siusiały do łóżek. Syn zachorował na zapalenie płuc. Spędził dwa tygodnie w szpitalu, potem kilka miesięcy w domu. Do kogo mieć pretensje? Nie do dyrektorki, bo to nie ona podejmuje decyzje. One są podejmowane centralnie. I albo uruchamia się ogrzewanie w całym mieście, albo nigdzie. Wtedy wybrano tę drugą opcję. A na termomodernizację sali i budynku nie było pieniędzy.

Dość

Ihar tęskni za Białorusią. - Byłem społecznikiem, pracowałem w organizacjach pozarządowych, pomagałem nieuleczalnie chorym dzieciom i innym potrzebującym. Przez to jednak widziałem, gdzie system kuleje, jak się traktuje człowieka. Zacząłem zadawać pytania. A tego reżim nie znosi. Zadawanie pytań czyni cię wrogiem narodu - mówi.

I dodaje: - W Białorusi nie da się być apolitycznym, ale można być biernym. I większość osób wokół mnie było po prostu świadkami reżimu, akceptowało narzucone reguły gry. Nie mogłem tego zrozumieć. Czułem się czarną owcą.

Alona: - Dużo ludzi w Białorusi żyje na emigracji wewnętrznej. Dystansują się, jak tylko mogą, od władz. Starają się mieć z nimi jak najmniej do czynienia. Ale kiedy ma się dziecko, nie da się uciec od systemu, bo na nim opiera się opieka przedszkolna, leczenie. Z roku na rok było tylko gorzej. To przepełniło czarę goryczy. Musieliśmy wyjechać.

Strach

Ihar po przyjeździe do Polski najpierw zatrzymał się w Białymstoku. Kiedy jednego z pierwszych dni wyszedł ze sklepu, zobaczył, że koło jego samochodu kręcą się policjanci. - Byłem przerażony, zastanawiałem się, co mi zrobią, co na mnie mają, czy mnie deportują. Okazało się, że po prostu tam stali. Dali mi tylko ulotkę z informacją o akcji pomocy dla jakiegoś dziecka - opowiada.

Dopiero kiedy przyjechał do Polski, zrozumiał, że można żyć bez strachu. - Białorusini mają strach zakorzeniony w głowie - mówi. - Strach jest obecny w każdym działaniu, akcie komunikacji. Boimy się, więc siedzimy cicho, jakbyśmy w ogóle nie istnieli. W rodzinie, w której jest przemoc, tyran zawsze obwinia ofiarę, a ona zaczyna wierzyć, że jest winna. Tak właśnie jest w Białorusi.

Igor Jurczyk, jeden z liderów ruchu Białorusini w Łodzi, który powstał po tegorocznych wyborach prezydenckich na BiałorusiIgor Jurczyk, jeden z liderów ruchu Białorusini w Łodzi, który powstał po tegorocznych wyborach prezydenckich na Białorusi Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Alona i Uładzimir też doświadczyli strachu. Po raz pierwszy w 2006 roku, kiedy brali udział w protestach po sfałszowanych przez Łukaszenkę wyborach. W kilkuosobowych grupkach musieli przebijać się przez kordony policji. Wtedy zobaczyli, do jakiej przemocy wobec obywatela jest zdolna władza. Ale to, jak kontroluje obywatela, widzieli również w innych sytuacjach.

- Co jakiś czas z przedszkola przychodziła kontrola, która sprawdzała, czy piec działa w domu prawidłowo. Oficjalnie chodziło o bezpieczeństwo dzieci, ale tak naprawdę to sposób kontroli nad rodzicami. Kiedy się komuś podpadło, grozili odebraniem dziecka - wspominają.

Uładzimir: - Taką karę zastosowano ostatnio wobec jednej opozycjonistki. Zatrzymano ją po proteście na komisariacie. Kiedy nie przyszła odebrać dziecka z przedszkola, dyrekcja, zamiast zadzwonić do jego taty lub babci, których numery miała, przekazała je pod opiekę urzędu opieki socjalnej. Oddali je dopiero następnego dnia, kiedy pod urząd przyszła liczna demonstracja.

Przebudzenie

Ihar: - Białorusini nie tolerują przemocy, za dużo jej było w naszej historii. Dla nas najważniejsze to żeby nie było wojny i więcej przelanej krwi. To też tłumaczy, dlaczego Łukaszenka tak długo rządził. Ludzie chcieli uniknąć otwartej konfrontacji, więc zamykali oczy na to, co było w systemie złe. Ale kiedy reżim zaczął zabijać, torturować, bić, to każdy Białorusin, bez względu na poglądy, pochodzenie, podziały, zrozumiał, że nie można na to przyzwalać. Dziś nie chodzi o politykę, ale o to, żeby można było spokojnie wyjść z domu i nie bać się o siebie i bliskich. I żeby odpowiedzialni za to ludzie ponieśli sprawiedliwą karę.

Alona: - Ludzie cenią sobie poczucie bezpieczeństwa i Łukaszenka do niedawna je w pewnym sensie zapewniał. Butne podejście do pandemii pokazało, że to była farsa. Przecież on powiedział, że w Białorusi nie ma koronawirusa! A statystyki z pierwszego czasu epidemii, które wyciekły do mediów, pokazywały, że umarło 5 tys. więcej ludzi niż rok wcześniej.

Uładzimir: - Oficjalna statystyka pokazuje to, co chce zobaczyć władza. Nie jest odbiciem rzeczywistości, ale jej zakłamywaniem.

Walka

Od sierpniowych wyborów Białorusinie nieprzerwanie protestują. Po ulicach leje się krew manifestujących, ludzie są wtrącani do więzień, torturowani, represjonowani.

Ihar: - Wychodzisz do pracy i nie wiesz, czy wrócisz. Nie ma znaczenia, czy protestujesz, czy nie. My tych funkcjonariuszy nie nazywamy już policją, bo oni nie bronią ludzi ani prawa, ale reżimu. Mówimy o nich "karatieli", jak kiedyś mówiło się na faszystowską policję. To zwykli bandyci.

Uładzimir: - Przez te 26 lat panowała okropna stabilność, cisza i spokój jak na cmentarzu. Potem wszystko wybuchło. Jeszcze niedawno zatrzymywano członków ochotniczych oddziałów medycznych, którzy udzielali pomocy rannym w protestach. Dzisiaj nikt nie jest tam bezpieczny.

Alona: - Liczymy się z tym, że póki nie upadnie reżim, nie będziemy mogli wjechać na Białoruś. Prawdopodobnie już jesteśmy na czarnej liście, bo działamy publicznie. Jeśli protesty potrwają dłużej, czeka nas sprawa kryminalna o koordynowanie protestów z Polski. Ale to i tak bezpieczniejsze niż walka w Białorusi.

Ihar: - Miałem kolegę, który pracował w białoruskiej policji. Kiedyś po alkoholu zaczął płakać. "Nie rozumiesz, jak nas w wojsku, w policji szkolą, co z nami robią, jak pracuje maszyna propagandy" - mówił. Ci, którzy dziś zabijają i biją, to też w pewnym sensie ofiary reżimu. Kiedy zrozumieją, co robili swoimi rękami, odczują wielki ból. Słyszałem o listach otwartych, które matki pisały do synów, którzy wciąż pracują w policji. Pisały: "Bardzo cię kocham, ale nie będę cię więcej nazywała synem. Chcę, żebyś wiedział, że wyjdę na każdy protest i stanę na jego czele, aby twoja pałka nie uderzyła niewinnych ludzi, ale mnie. To będzie kara za wychowanie takiego człowieka".

Emigracja

Alona i Uładzimir nie planują wracać do kraju. Ich syn mówi, że jest z Białorusi, a nie że jest Białorusinem, bo bardziej się czuje Polakiem. Z ojczyzny ma same złe wspomnienia.

Uładzimir: - Wciąż jesteśmy z Białorusią związani, więc to, co obserwujemy, to ogromna presja emocjonalna. Przez pierwsze dwa tygodnie nie byliśmy w ogóle w stanie pracować. Musiałem wziąć urlop w pracy. Alona poszła na zwolnienie lekarskie. Stres próbujemy pokonać działaniem.

Początkowo organizowali pikiety solidarnościowe z Białorusią. Dziś zastanawiają się, jak pomóc Białorusinom, którzy dotrą do Polski, uciekając z kraju. Pomóc w tym ma fundacja - Białorusini w Łodzi.

Białorusini w Łodzi po raz kolejny organizują akcję solidarności z Białorusinami, walczącymi w ich kraju z reżimemBiałorusini w Łodzi po raz kolejny organizują akcję solidarności z Białorusinami, walczącymi w ich kraju z reżimem Fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Ihar: - Już zaczyna się fala emigracji z Białorusi i to będzie postępować. Chcemy się do tego przygotować, przyjmować ludzi do siebie i integrować ich: żeby uczyli się języka, zrozumieli kwestie prawne, żeby mogli obronić swoje interesy. A przy tym, żeby i Polacy rozumieli, że możemy wspomóc waszą gospodarkę, że nie chcemy żerować na pomocy socjalnej.

Rozmawiają z urzędami, żeby usprawnić skomplikowane i rozciągnięte w czasie procedury. Zamierzają rozmawiać z rektorami uczelni o warunkach przyjęć na studia dla białoruskich studentów.

Ihar: - W kolejnych dniach po wyborach w Białorusi nie mogłem spać. Ciągle myślałem o tym, że kiedy ja siedzę bezpiecznie w domu, tam biją moich przyjaciół, może moją rodzinę, że grozi im niebezpieczeństwo. Pojawiła się nawet myśl, żeby tam pojechać. Ale zaraz zrozumiałem, że tu, w Polsce, jestem w stanie więcej zrobić. Mogę zorganizować system, który wesprze Białorusinów, kiedy już tu przyjadą. I kiedy będą chcieli opowiedzieć, co tam przeżyli, pomogę im.

Nowa Białoruś

Uważają, że choć walka o wolną Białoruś nadal trwa, to Białorusini już wygrali. - Po raz pierwszy jesteśmy jednym narodem. Rozumiemy, że mamy swoją historię, język, flagę, godność, mamy swój kraj. I pozbywamy się strachu, który przez lata się w nas zagnieździł.

Alona i Uładzimir: - Ale to dopiero początek długiej drogi. Bo nie chodzi tylko o odsunięcie od władzy Łukaszenki. Trzeba rozmontować cały aparat struktur państwowych, a to pociągnie za sobą gigantyczny kryzys gospodarczy. Dokonała się już jednak zmiana samoświadomości, Białorusini są gotowi do wspólnej walki. Ziarno zostało zasiane.

Igor: - Jest nagranie, kiedy w Mińsku Alaksandr Tarajkouski z rękoma w górze idzie w stronę czołgów. Żołnierze do niego strzelają, a na białą koszulę tryska czerwona krew. To bardzo symboliczne. Razem ze śmiercią tego człowieka narodziła się na nowo biało-czerwono-biała białoruska flaga. A razem z nią - nowa Białoruś.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.