Rozgoryczenie, żal i niepewność - to najczęstsze odczucia łodzian mieszkających bądź pracujących w Wielkiej Brytanii. Po czwartkowym referendum w sprawie wyjścia z Unii część z nich boi się, że będą musieli wrócić.
Martyna pracuje i studiuje w Anglii od 2012 roku. - Teraz mój świat będzie nieco bardziej skomplikowany. Studiowanie będzie bardziej skomplikowane, zobaczenie rodziny w Polsce trudniejsze. Ale co ja tam wiem? Ja jestem tylko imigrantką. Siedzę tu, uczę się za półdarmo i zabieram pracę Brytyjczykom - mówi z goryczą.
Paweł Melcer, psychiatra z Łodzi, pracuje w Anglii od 10 lat. - Mieszkam w centralnej dzielnicy Londynu, gdzie 75 procent uczestników referendum głosowało za pozostaniem w Unii. Do końca miałem nadzieję, że tak się stanie, choć w wypowiedziach ludzi innych regionów czuło się, że Brexit nastąpi. Jedną z przyczyn są różnice w rozwoju gospodarczym Londynu i angielskiej poprzemysłowej prowincji. W tych rejonach są silne nastroje obarczające imigrantów ze wschodniej Europy odpowiedzialnością za brak sukcesów życiowych i lepszej opieki ze strony państwa. Śmiem twierdzić, że gdyby nie skala emigracji z Polski po 2004 roku, to pewnie w referendum zwyciężyliby zwolennicy pozostania w Unii. To my, w jakiś sposób, wypchnęliśmy Wielką Brytanię z Unii. I jeszcze jedna refleksja: w piątek jedynym politykiem, który zwrócił się do przybyszów z Europy, był muzułmański burmistrz Londynu Sadiq Khan. Potwierdził, że jesteśmy tu nadal mile widziani. Warto o tym pamiętać, kiedy w Polsce zaczyna się szerzyć ksenofobia i brak tolerancji.
Jarosław Płoszajski-Kubiak, łodzianin, także od 10 lat mieszka w Wielkiej Brytanii: - Jestem zmartwiony, że wygrały nastroje silnie narodowe i - nie łudźmy się - antyemigracyjne. Wielka Brytania stała się moją ojczyzną z wyboru. Stało się tak przez tutejszą gościnność, przyjazną mieszankę kultur, otwartość obyczajów i możliwości rozwoju dla wszystkich. Niektóre z tych cech chyba niestety wyblakły w świetle referendum. Mam nadzieję, że dla osób, które stworzyły sobie tutaj życie, nowy dom, niewiele się zmieni - przynajmniej w przejściowym okresie. Na dłuższą metę i tak planowałem przyjąć tutejsze obywatelstwo, więc pora się do tego zabrać.
Przykładem dużej firmy, która robi biznes na Wyspach, jest Atlas. To perspektywiczny rynek, więc firma otworzyła tam Akademię, gdzie szkoli fachowców posługujących się produktami Atlasa. Prezes Grupy Henryk Siodmok nie przewiduje kłopotów. - Eksport do Wielkiej Brytanii nie ma dużego udziału w naszych obrotach, zakładam też, że ruchy kursowe są chwilowe. Cokolwiek by się tam nie wydarzyło, my to zniesiemy. A jeśli do Polski wróci kilkaset tysięcy pracowników budowlanych, to będziemy się mogli z tego cieszyć.
Przemysław Andrzejak, prezes Łódzkiej Agencji Rozwoju Regionalnego, przewiduje trudne chwile dla biznesu. Ich przyczyną będą ruchy kursów walut. W tej trudnej sytuacji próbuje jednak znaleźć pozytywy. Pierwszy to taki, że do kraju mogą wrócić emigranci, tak jak kiedyś wrócili do Hiszpanii. Zaczną zakładać biznesy, zwiększy się konsumpcja i gospodarka na tym zyska. Inny potencjalny pozytyw jest taki, że Londyn może stracić miano stolicy finansowej. Już mówi się o przenoszeniu części finansistów do innych lokalizacji. - Dlaczego nie do Polski? pyta prezes.
Wszystkie komentarze